RSS
poniedziałek, 15 lutego 2010
Bo ot tak.

Każdorazowo, gdy na blogu pojawia się nowa osoba, mam ochotę napisać specjalnie z tej okazji notkę. Tak jest i tym razem.

Tak w ogóle przeraża mnie trochę, że ktoś sobie czytam ot tak moje archwium. Wiem, że sam tak robię na innych blogach. Ostatnio w rozłożeniu na raty przeczytałem całego jednego bloga, tak chyba z 7 lat tego było. I autor nic o tym nie wie zapewne, heh. Ale w sumie... skoro on nie kasuje swojego archiwum, ani ja nie kasuję swojego, to chyba obaj nie mamy nic przeciwko temu, żeby ktoś nas czytał?

Żeby było jasne - ja nie mam nic przeciwko, tylko jest mi trochę głupio, bo ja pisałem straszne głupoty, jeszcze nawet rok temu. Wszystko wiruje. Świruje.

A ja ostatnio niewiele piszę, bo zajęty jestem zwyczajnie. Uczę, tłumaczę i programuję, tudzież testuję. I staram się w miarę sił mentalnych i możliwości prowadzić znośnie aktywne życie towarzyskie. Dawno w kinie nie byłem, ale nadrobię to pewnie jeszcze w tym tygodniu. Generalnie mam dość mało czasu na blogowanie, zwłaszcza że w przeszłości blogowanie (surprise, surprise) było dla mnie jednym z wielu cudownych przerywników w wykonywaniu innych czynności, których mi się nie chciało wykonywać. A teraz tak nie bardzo się da. Pracować trzeba. Tak po prostu. :)

Z ciekawostek dni ostatnich to wiedziałem, że jak ktoś znowu każe mi tłumaczyć dokument w PDF-ie, to to nie zapowiada niczego dobrego. W sensie - nic złego się nie stało. Ale nie idzie to tak gładko, jak można by oczekiwać. Najważniejsze, że tym razem ustaliłem stawkę godzinową. Zadanie, które mam do wykonania, jest dość specyficzne. I nawet drugą jego część, polegającą na zupełnie zwyczajnym tłumaczeniu, również postaram się rozliczać tak właśnie. Przy tak cudownej terminologii specjalistycznej wydaje mi się to najuczciwsze dla obu stron rozwiązanie. Ostatnim razem nie mogąc ustalić żadnej sensownej stawki za stronę wybrałem podejście dość dziwne - po prostu sam arbitralnie oceniłem, że za całość chcę tyle a tyle. Myślę, że mogły istnieć lepsze rozwiązania.

Inna ciekawostka jest taka, że mam bardzo dosyć zimy. Jak wszyscy chyba. Rozwala mnie fakt, że u moich rodziców na chodniku już po prostu nie ma gdzie wyrzucać śniegu. To jest jakieś paranoiczne.

A, i muszę coś zrobić ze swoim odżywianiem. Jest tragicznie. Jest tragicznie. Powtórzę: jest tragicznie. Niektórzy ludzie mają farta i, niezależnie co jedzą, wyglądają pięknie i młodo, ale ja niestety tylko młodo (tak, dalej wyglądam jakieś 6 lat młodziej niż to wynika z aktu urodzenia - to się już chyba nigdy nie zmieni). Znaczy pięknie też wyglądam. Ale jakieś elementarne zasady trzeba mieć w zapodawaniu swojemu organizmowi papu.

I tak ogólnie... upraszam o nieprzejmowanie się moim dziwacznie oficjalnym stylem pisania. Jakoś tak mnie naszło. Tak po prostu. Bo tak. Bo ot tak. :)

niedziela, 14 lutego 2010
Für Elise (bo zacząłem się tego ostatnio uczyć grać).

Trudno mi coś powiedzieć o czasie ostatnim, może z wyjątkiem tego, że znowu trochę się gubię w tym, gdzie się znalazłem. Rok temu moim zmartwieniem była siłownia, teraz moim zmartwieniem jest, co ja właściwie zamierzam  zrobić ze swoim życiem, gdy tak naprawdę mogę z nim zrobić totalnie co chcę. I skąd mieć ubezpieczenie zdrowotne. Moja rodzina jest zupełnie inna niż rok temu. Siostra zamieniła się w zatwardziałą pracoholiczkę, a tata idealnie dostosował się do sytuacji, że jego syn jest gejem. Siostrzenica czyta Cosmopolitana i angielskiego Vogue'a, chociaż chyba nie do końca rozumie, co w tych gazetach piszą (tu ze względu na treść, tu na język). Czyta też angielskie blogi modowe. Skutek? Miesiąc temu ledwo odpowiadała mi na pytanie "how are you?". Dziś rozmawia ze mną po angielsku używając pełnych zdań. Może nie są do końca poprawne gramatycznie, ale to >zdania<. Wow. Życie zaskakuje. Jednak.

Planujemy z Michałem wybranie się do Lądka Zdroju na czas jakiś. To już jest właściwie official, więc mogę o tym napisać. Trzymają nas tu w Polszy jeszcze pewne niedokończone sprawy, które zakończone winny być do końca marca / połowy kwietnia. A potem... dużo się może stać.

Zmieniły mi się w ciągu ostatniego roku kręgi towarzyskie, w których się obracam, nieco. Odświeżające.

Niespodziewanie znalazłem się w jakimś takim zupełnie innym miejscu życiowym, odnoszę wrażenie. To nie było planowane. Ale można się było domyślić, że skutek zmieszania dwóch scenariuszy życiowych zatytułowanych "ukończenie studiów" i "związanie się" będzie dość... zmieniający wszystko. Wiem, piszę o tym od paru miesięcy, ale każdy miesiąc przynosi kolejne zmiany. Zaczynam mentalnie przyrównywać to, co się dzieje, do zmian, które spowodowała terapia u psychiatry. Pod względem zakresu i rozmachu.

Michał uczy mnie dużo nowych rzeczy. Przykładowo, żeby przestać tak bardzo gloryfikować przeszłość na rzecz cieszenia się tak zwanym "tu i teraz". Dość nowe, nie patrzyłem tak nigdy na sprawy.

Ja z kolei sam siebie uczę tego, żeby dawać sobie samemu więcej spokoju, wyciszenia, tzw. "wyluzowania". Udaje się różnie, ale to prawie że zmiana paradygmatu - dojście do wniosku, że ja sam mogę sobie dawać takie rzeczy. Że w ogóle ja sam mogę sobie w każdej chwili dać całkowite szczęście, gdybym chciał.

Byliśmy wczoraj na imprezie. Znajoma ze studiów opowiadała historie, które powodowały, że zwijałem się ze śmiechu, nie tylko ja zresztą.

To wszystko jest tak nadzwyczaj niespodziewane. Chwilę mi zajmie przyzwyczajenie się do tego.

PS. Fejsbuk mnie dalej wkurza. Zabił odległość. Nowa Zelandia, Kambodża, Hiszpania - jestem wszędzie tam, gdzie moi znajomi. W tym momencie, kiedy oni. Zapewne niektórych takie coś cieszy. Mnie... trochę przeraża.

czwartek, 04 lutego 2010
"Nie przypominam sobie skarpetek w takim kolorze."

Nazwijmy to chrztem bojowym. Robię pranie w Equusowo-Michałowym domostwie od jakiegoś pół roku. Dziś po raz pierwszy się pomyliłem i wszystko z prania wyszło trochę bardziej... czerwone... niż wcześniej. ;)

wtorek, 02 lutego 2010
Klocki Lego.

Pamiętacie, jak się plułem nt. cen programów Microsoftu w Polsce i za granicą? Ewidentnie producent Lego również myśli, że Polska jest bogatsza od reszty świata. Dla przykładu - zestaw "karuzela" z serii dla dorosłych - polska cena: 1200 zł, brytyjska cena: 180 funtów (ok. 820 zł). Fajnie, nie?

Link: http://shop.lego.com/Product/Default.aspx?p=10196

PS. Trudno mi uwierzyć, żeby taka różnica w cenie była li tylko i wyłącznie kwestią podatków - chociaż w sumie to się nie znam.

Jak Wam się podoba?

Jak Wam się podoba "Acapella", pierwszy singiel zapowiadający nową płytę Kelis? Do posłuchania (i od paru dni kupienia) na www.iamkelis.com.

A jak Wam się podoba obecny image (bleh, nie lubię tego słowa) Kelis? Zdjęcie z końca stycznia.

 

Kelis

 

Jak dla mnie kobita wymiata. :) Od paru miesięcy poczytuję sobie czasami jej Twittera - jej problemy są taaaaakie słodkie. ;)

sobota, 30 stycznia 2010
Blablabla.

Heh, poczytałem sobie chwilę swojego bloga, którego pisałem po angielsku 6 lat temu (czyli już będąc na studiach, sic!) i jestem w totalnym szoku, jakim beznadziejnym angielskim się posługiwałem - aż wstyd. :D

A teraz idę oglądać "Krórolwe Krzyku". ;D

czwartek, 28 stycznia 2010
Teh listen of teh morning.

http://www.youtube.com/watch?v=WGooQ8yYC0c

 

(nie da się zaembedować)

środa, 27 stycznia 2010
Jak by to powiedzieć...

Za dwa miesiące minie rok, jak nie przechodzi mi kaszel. Dziś znowu wydałem kasę na badania, 120 PLN poszło na próbę wykrycia jakichś wrednych wirusobakterii, które będą musiały się w warunkach laboratoryjnych rozwijać przez 14 dni, zanim mi powiedzą, czy te wirusobakterie w mojej krwi są czy też niet.

Nie spodziewałem się, że nadejdzie dzień, w którym teperaturę -11 uznam za "ciepło".

Pisałem już o tym, że wszystko się zmienia i tego, co było, już nie ma i nie będzie i jak się nie będzie łapać szybko rzeczy, które chce się złapać, to jutro ich może nie być? Jak np. lata 90. Nie ma już lat 90. Tak, wiem, już dawno ich nie ma. Ale teraz za to ich w ogóle nie ma. Tja...

Mam coraz większe wrażenie, że pisanie dalej tego bloga mija się z celem i coś muszę (chcę) z tym zrobić.

poniedziałek, 25 stycznia 2010
Fejsbuk-srejsbuk.

Serio, serio - FB zaczyna mnie przerażać. Jest wszędobylskie. Wszyscy piszą na FB, wszyscy są na FB, wrzucają fotki, statusy, tagują się - ludzie masowo, w pełni świadomie pozbawiają się prywatności poprzez FB. Jeśli o mnie chodzi - przestałem tam dodawać treści, natomiast zacząłem je powolutku usuwać. Nie do końca potrafię powiedzieć, o co chodzi (może o te różnie niekoniecznie radujące doniesienia o tym, że pan Z., założyciel FB, jest coraz święciej przekonany o tym, że ma prawo dyktować całemu światu kierunek, w jakim mają podążać, nazwijmy to, standardy zachowywania prywatności). Przeraża mnie to, że FB jak chce, może mnie łatwo odciąć, ale nie usunie moich treści. Przeraża mnie, że z dnia na dzień tona opcji przełączyła się z "private" w tryb "public", a stało się to tak nagle, że trudno było to w ogóle zauważyć. Coś jest z FB nie tak i mi się to nie podoba. Ciekawi mnie, co sobie myślą te wszystkie osoby, które zostawiają tam dosłownie tony informacji o sobie - że to tylko znajomi mogą oglądać? Pfff, wolne żarty. No cóż, jak sobie ludzie chcą. Ja się powoli wycofuję z tej gry, bo mam bardzo silne przeczucie, że nic dobrego z niej nie wyjdzie. Już teraz pracodawcy oglądają FB zanim przyjmą kogoś do pracy - i nikt im tego nie zabroni. Ja tam nie mam ochoty, żeby każdy mógł dowiedzieć się o mnie praktycznie wszystkiego.

piątek, 22 stycznia 2010
Uchomrożonka.

To kompletnie chore, ale czasem pojawia się pokusa odmrożenia sobie na złość uszu i zrobienia czegoś totalnie głupiego po to tylko, żeby pokazać, że mogę, jeśli chcę.

I tak mogę. I oni o tym wiedzą. Bardzo chcieliby mnie ochronić, a najlepiej, gdybym się uczł zawsze na cudzych błędach, nigdy na własnych (popełnianie błędów jest fe). Ale wiecie co? Ja chcę mieć okazję popełniania własnych błędów. I zorganizuję ją sobie.

Tak naprawdę to właśnie tym ciągłym pilnowaniem mnie doprowadziliście (nie Wy, czytelnicy bloga, tylko oni) do tej sytuacji. Przez to, że zawsze miałem robić tylko dobre i udane rzeczy spowodowaliście, że zrodziła się mnie nieodparta ochota, żeby czasem coś artystycznie spieprzyć - żeby tylko mieć poczucie, że to jest moje działanie, moje własne, autorskie, nienaznaczone cudzymi wpływami.

Dziś znowu pokazałem wam swoją niezależność. Być może w nieco głupi sposób, być może konsekwencje będą takie sobie, ale ważne, że nie zrobiłem czegoś po raz kolejny według oczekiwań, bynajmniej nie swoich własnych. Na tym etapie życia właśnie tego potrzebuję, żeby zyskać poczucie, że stoję na własnych nogach.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52

Gościu, podpisuj komentarze, to Ci Equus łaskawość swą okaże. ;P


imejl: equus [maupa] equus [kropa] webd [kropa] pl






Forvo